(
) Zastanawiam się, czy też topisz smutki w alkoholu czy wręcz przeciwnie beze mnie jesteś wreszcie szczęśliwy. A może już dawno zaćpałeś się i leżysz pod ziemią na jakimś zatęchłym cmentarzu? Nie dopuszczam do siebie tej myśli; dłoń drży mi przy pisaniu tego. Nie wierzę, że bóg mający w rękach cały wszechświat wszystkie gwiazdozbiory, planety, wszelką znaną i nieznaną materię, nawet moje nieistniejące serce mógł odebrać sobie życie. Ale ile tak naprawdę znaczył dla Ciebie każdy przeżyty dzień? Przecież to były błahostki, czyjś kaprys, pomyłka ewolucji. Krótko mówiąc pozbawiona zasad zabawa, która pewnego wieczoru mogła Ci się najzwyczajniej w świecie znudzić. W końcu nigdy nie bałeś się śmierci. Teraz też się jej nie lękasz, prawda? Ludzie będący u władzy niczego się nie boją, choćby miało sześć głów i wielkie zęby w każdej paszczy.
Chyba się zgubiłem. Co sobotę piję tak długo, jak tylko dam radę, myśląc o Tobie i czasami o matce, a potem w stanie nietrzeźwości wędruję pustymi ulicami pogrążonego w mroku miasta. Chciałbym, żeby mnie pochłonęło, żebym stał się jego częścią jednym z tych zwykłych, szarych ludzi, których jedynym problemem jest codzienność. Po taniej ruskiej wódce świat na kilka chwil znów staje się kolorowy. Wtedy śmieję się jak wariat, tańczę sam ze sobą i śpiewam głośno piosenki, których mnie kiedyś nauczyłeś, nawet jeśli nie zawsze pamiętam słowa. Potem zderzam się z rzeczywistością. Zarzygany czołgam się po chodnikach, nie rzadko ze strumieniem gęstej krwi cieknącej z nosa lub z innymi obrażeniami, gotowy zaczepić byle jakiego przechodnia, by wyspowiadać mu się z tego, co uczyniłem i jak żyłem, ile krzywd nam obu wyrządziłem. Nad ranem chucham w zmarznięte dłonie, lecz mój oddech jest zimny, martwy. Tak bardzo chciałbym znowu poczuć Twoje usta badające kształt moich policzków i grubość powykrzywianych z bólu żył. Tęsknota sprawia, że się duszę, że nie mogę złapać oddechu pomimo szeroko rozwartych ust i płuc zmuszonych do pracy. W tym wszystkim jest coś niesamowicie rozpaczliwego. Nawet teraz gdy jesteś daleko, niewiadomo gdzie moje życie jest zależne od Ciebie. Słusznie nazywałeś siebie bogiem.
Wciąż piszę o Tobie na marginesach. Niektóre z tych zapisków rozrastają się aż przybierają formę listów podobnych do tego, choć bardziej szalonych i przerażających, mniej poukładanych. Większość z nich rwę w histerii lub podpalam zapalniczką i topię w rzece, rzadziej w studzienkach kanalizacyjnych, śmiejąc się przy tym albo płacząc. Niektóre jednak wyrzucam przez okno w postaci papierowych samolotów z nadzieją i wiarą godnymi małego dziecka, że jakimś cudem trafią do Ciebie. Że przeczytasz je i pewnego dnia po prostu pojawisz się pod drzwiami do mojego pokoju, jak gdyby między nami nigdy nie wydarzyło się nic złego. Z drugiej jednak strony rozsądek nakazuje mi obawiać się Twojej reakcji. Wiem, że bym Cię zawiódł. Stałem się wariatem większym i gorszym niż kiedykolwiek wcześniej. Dawny ja którego być może naprawdę kochałeś, w co ciągle chcę wierzyć przepadł na zawsze. Zabiłem go.
Nie potrafię powiedzieć, czego chcę, mimo że czuję to niesprecyzowane pragnienie we wszystkich członkach, w każdej pojedynczej komórce. Niestety wciąż boję się zbyt wielu rzeczy. Boję się bólu po Twojej stracie, choć ten ból już od dawno mnie pożera. Boję się Ciebie, bo przypominasz obrzydliwy nowotwór, na który nie ma lekarstwa a jednocześnie pragnę, choćbym miał umrzeć. Boję się słowa samotność" i tysiąca innych słów. Boję się swoich myśli o poranku i nocnych koszmarów, których nie rozumiem, a może tylko nie chcę rozumieć. Karmię poduszki mieszaniną łez i posoki. Wybacz mi, błagam, te wszystkie okropności, które nam uczyniłem. Płaczę, pisząc to. Płaczę! Ja! Słowa, które kiedyś wypowiedziałem, cofają mi się do gardła, a tymi, które przemilczałem, maluję ściany w pokoju. Nie podejrzewałem, że nienawiść może być aż tak silna.
Tkwię w tym wszystkim niczym w bagnie zero możliwości ruchu, żadnej ucieczki, ciągłe podążanie w dół i w dół, jak gdybym wcale nie osiągnął jeszcze dna, choć przecież spoczywam na nim już od dawna. Pierdolone łzy nic nie zmieniają. Jestem naiwny, że w chwilach słabości pozwalam sobie wierzyć, że mogą przynieść ulgę. Strach i tęsknota, które rządzą moim życiem, są nie do wytrzymania. Ani nauka, ani praca, ani nawet alkohol nie są w stanie ich zagłuszyć. Każda myśl przypomina o przeszłości, o wspólnie spędzonych chwilach, o słowach, jakie padły z Twoich ust, gdy trzymaliśmy się za ręce. Nie potrafię zostawić tego za sobą wiedząc, że przed pojawieniem się Ciebie nigdy nie byłem prawdziwie szczęśliwy. Coś we mnie gnije, coś słabnie, coś rozpaczliwie woła o pomoc.
Jestem wrakiem człowieka rozkładającym się i pustym, ale jednocześnie pełnym niezgłębionych tajemnic, których nikt już nie pozna, bo zabrałeś i połknąłeś jedyny istniejący klucz do niego. Jestem garścią ścierwa, śmieciem, gównem.
Paradoksalnie wydaje mi się, że posiadłem jakąś boską cząstkę. Że jestem bliżej stworzenia, bliżej naszego wspólnego i mojego własnego absolutum. Tutaj, gdzie teraz żyję, przydzielono mi bowiem rolę początkującego boga. Polegają na mnie; kto wie, może nawet modlą się o moje cuda.
Zastanawiam się, czy byłbyś teraz ze mnie dumny. Stałem się bardziej stanowczy dla ludzi, niemal apodyktyczny; to oni schodzą mi z drogi. Wreszcie. Ale ile to znaczy, jeśli Ciebie nie ma obok? Jeśli nie możesz zobaczyć, jakiego rodzaju strach budzę w ludziach? Nie widzę w tym już żadnego sensu, a mimo to brnę w to z braku innych rozwiązań. Odpycham od siebie ludzi niezależnie od ich zamiarów, gardzę nimi, nienawidzę, depczę cudze marzenia i udaję, że się śmieję, że to wszystko mnie bawi. Zupełnie jak kiedyś. Gdyby nie wciąż rosnące ambicje i niechęć do ludzi, nic nie pchałoby mnie do przodu. Nie, wiara w ponowne spotkanie Cię wcale nie trzyma mnie przy życiu; ona mnie dusi. Marzę, by ponownie dotknąć Twoich ust, jednocześnie nawet nie mając odwagi o tym marzyć. Zresztą, to wszystko tylko głupie mrzonki. Bardzo głupie, a ja przecież zmądrzałem.
Wciąż drżę nocami z emocji, kiedy fantazjuję o Tobie, przynosząc sobie ulgę palcami odrętwiałymi z zimna i wszechobecnej znieczulicy. Nie pozwoliłbyś mi na to, gdybyś był obok, prawda? Zająłbyś się spragnionym ciałem; potem głaskał po włosach, wyśpiewując do ucha rosyjską piosenkę. Tęsknię za tym. Potrafiłeś nade mną zapanować czasem wystarczały Ci proste gesty, by mnie uspokoić. Nawet nie musiałeś nic mówić. Bez Ciebie czuję się bestią zdolną do najgorszych okropieństw. Gorszych niż te, które robiliśmy razem, którymi dobrowolnie się otaczaliśmy, testując samych siebie i granice rzeczywistości. (
)
Wiem, że ten list zginie jak wszystkie pozostałe; w końcu nigdy nie powinien powstać, tak jak ja nie powinienem się urodzić. A może dla odmiany spróbuję wysłać go do Petersburga, na wszystkie adresy, gdzie mieszkają osoby o Twoim nazwisku? To byłoby szalone. Zupełnie jak my dwaj.
Twój M.
PS Nie urosłem. Prawdopodobnie nie urosnę już wcale. Nie, nie jestem okruszkiem.
PPS Martwię się, okropnie się martwię. Masz kogoś? Myślisz czasem o mnie? Pamiętasz mnie jeszcze? Mam nadzieję, że kupię kiedyś w sklepie Twoją płytę. Kocham Cię.









